Koszyk

0

Jordania, część 1

JORDANIA część 1

Wyprawa do Jorani była w mojej głowie już od dawna. Chyba każdy, kto widział Indianę Jonesa odjerzdrzającego na koniu w stronę zachodu słońca spod świątyni, gdzie odnalazł Arkę Przymierza, chciał zobaczyć to miejsce. Tak, to właśnie była moja inspiracja.

Nareszcie się udało. Starożytna Petra, pustynia Wadi Rum to dostateczny powód by odwiedzić ten kraj. I przyznam, że się nie zawiodłem.

Akaba, gdzie przylecieliśmy po kilkugodzinnej podróży z Londynu, to niewielkie miasto jakich wiele na Bliskim Wschodzie. Ciekawe jest jej położenie, bo stojąc na brzegu zatoki Akaba, nad którą leży, możemy dostrzec trzy inne kraje. Tuż obok jest położony w Izrealu Eiliat, nieco dalej zaczyna sie Egipt, a gdy spojrzymy w drugą stronę, zobaczymy wzgórza Arabi Saudyjskiej.

 Tak naprawdę to umowie z tym ostatnim krajem, Jordania zawdzięcza fakt, że ma dostęp do morza. Obecne granice są efektem wymiany terytoriów pomiędzy Arabią a Jordanią. W zamian za kawałek pustyni, Jordania uzyskała kilkukilometrowy pas ziemi  umożliwiający rozbudowę portu i otwarcie dróg morskich dla handlu.

Sama Akaba to miasteczko, gdzie widać wpływ rozwijającej się turystyki. Mnóstwo hoteli, barów, kawiarni, sklepów z pamiątkami. Taka typowa turystyczna mieszanka. Można nawet znaleźć obowiązkowego McDonalda, przed którym ostrzegał nas miły recepcjonista hotelu w którym się zatrzymaliśmy. Zacytuję – Proszę, nie jedzcie w moim kraju w McDonaldzie. Obiecaliśmy, że się tam nie zbliżymy.

Do Jordani dotarliśmy wieczorem, więc po krótkiej przechadzce po mieście, wróciliśmy do hotelu i poszliśmy spać, bo plan wyprawy był napięty i zakładał jutrzejszy wyjazd do Wadi Musa.

Bez problemu dogadaliśmy transport na nastepny dzień z taksówkarzem. Konkurencja taksówkowa jest tutaj ogromna i przy odrobinie cierpliwości i tradycyjnego targowania, można uzyskać tani i wygodny transport.

Następnego dnia rano miałem jeszcze dużo czasu na to by się przejść po budzącym się mieście i poczuć jego atmosferę. Wstąpiłem do pobliskiej knajpki i zamówiłem kawę. Kilka stolików było już zajętych przez mężczyzn zażywających uroków porannej shishy i dyskutujących o swoich sprawach.

Kawa którą dostałem sprawiła, że poczułem, że jestem znów w arabskim świecie. Gorąca, aromatyczna, pachnąca świerzym kardamonem. Po prostu esencja Arabii.

Siedziałem przy stoliku i rozkoszowałem się chwilą. To był jeden z tych momentów, które tworzą zawsze moją podróż. Budują atmosferę pobytu i późniejszych wspomnień.

Uwielbiam to.

Zapłaciłem i wróciłem do hotelu, bo niedługo miał się pojawić nasz kierowca.

Jazi, bo tak się nazywał, stawił się punktualnie i ruszyliśmy w kierunku Wadi Rum. 

Po drodze okazało się, że zmienimy samochód i do celu dowiezie nas ktoś inny. Nie ma problemu. Nam się nigdzie nie spieszyło. Nie ważne kto, ważne, żeby dojechać.

Po kilku telefonach Jazi dogadał miejsce przejęcia pasażerów, które jak się okazało znajdowało się na środku autostrady tuż po pokonaniu wysokich gór otaczających Akabę.

Zmieniliśmy auto i ruszyliśmy dalej. Już po chwili otoczyła nas pustynia a wiejący mocno wiatr zasłaniał kumanami podnoszonego piachu cała okolicę. Tylko po prawej stronie widać było zarysy skał pustuni Wadi Rum. Tumany piachu szalały pomiędzy nieziemsko wyżłobionymi skałami nadając całej scenie niesamowitego uroku.

Pustynia, jak to pustynia. Po kilkudziesięciu minutach jazdy staje się monotonna i męcząca. Jechaliśmy dallej w milczeniu, tylko radio raczyło nas arabskimi rytmami piosenek miejscowych artystów.

Do Wadi Musa, gdzie znajduje się Petra, podróż z Akaby twa około trzech godzin. Po przejechaniu pustyni, tuż przed Ma’an,  droga skęca w lewo i zaczyna się piąć pod górę. 

Dojerzdrzamyw końcu do punktu widokowego juz niedałeko naszego celu, skąd widać Petrę i całą okolicę. Widok oszałamia. Podobnie jak tempreratura po wyjściu z samochodu. Jest potwornie wietrznie i zimno. Ale przepięknie. Postrzępione doliny w dole kryją w sobie skarby kultury nabatyjczyków.

 

Nie da się długo wystać na zewnatrz, więc szybko wchodzimy do sklepo- baru, by wypić gorącą kawę i się trochę rozgrzać.

Przy wejściu stoja rozpalone piece, co sugeruje, że ta temperatura nie jest tutaj niczym zaskakującym. 

Kawa oczywiście jest pyszna i z kardamonem, co w połaczeniu z bliskością celu sprawia, że humory stają się jeszcze lepsze.

Dojazd do Wadi Musa to już tylko chwilka. Za to chwilka wypełniona serpentynami górskich dróg i emocji, bo kierowca jest miejscowy, więc nic sobie nie robi z przepaści, które rozciągają się tuż za poboczem.

Dojeżdżamy jednak sczęśliwie i parkujemy przed naszym hotelem, który jest położony na wzgórzu ponad miastem.

Hotel jest. Ale w hotelu ciemno. Jakiś zdenerwowany gość hotelowy pyta się nas czy to normalne. Wzruszam ramionami. Pewnie jakaś awaria. 

Usmiechniety recepcjonista również wzrusza ramionami, zaplając świece. Trzeba czekać. Naprawią.

Jako, że pokój jest jeszcze nie gotowy, zostawiamy bagaże i ruszamy na poszukiwanie jakiegoś jedznia i bankomatu. 

Wodoki na ciągnącą się w dole dolinę są tak zachwycające, że droga zajmuje na dość dużo czasu. I tak to ta szybsza część trasy, bo wiedzie ciągle w dół. Powrót będzie bardziej męczący i dłuższy.

Głod nam doskwiera, a temperatura jednak nie zachęca do spacerów, więc wbijamy się do pierwszej jadłodajni, którą znajdujemy. Okazuje się, że awaria prądu dotyczy wiekszej części miasta, bo w środku jest ciemno i pusto.

Jednak udaje nam się zamówić coś do jedzenia, bo knajpka dysponuje grillem. Jestteż szansa na coś gorącego do picia.

Czekając na posiłem ze zdziwieniem się zastanawiam nad temperaturą, która tu panuje. Nie wiem ile jest stopni, ale jest bardzo chłodno i ogólnie w powietrzu jest jakby takie uczucie, że ma spaść śnieg. Spodziewałem się trochę innych warunków, ale cóż zrobić. Mam tylko nadzieję, że nas tu nie zasypie i nie utkniemy w górach.

Jedzenie jest smaczne i chociaż to tylko jakiś tutejszy rodzaj kebaby, zaspakaja bierzące potrzeby. Gorąca herbata poprawia nam humor jeszcze bardziej. Wracamy do hotelu z nadzieją, że nasz pokój jest już przygotowany.

Jest. Chociaż światła wciąż nie ma, a co za tym idzie nie ma również możliwości włączenia ogrzewania.

W hotelu, na ostatnim piętrze jest hotelowa restauracjia, gdzie są wydawane posiłki. Zamykamy pokój i idziemy zobaczyć jak to wygląda, bo czytałem, że to przyjemne miejsce.

Ustulizowane na pustynny namiot pomieszczenie wypełnione czerwonymi dywanami wygląda naprawdę ciekawie. Jest wyjście na taras, skąd rozpościera się panoramiczny widok na dolinę Petry i okoliczne góry. Jest pięknie. Darmowa kawa i rozpalony piecyk sprawiają, że spędzamy tutaj trochę czasu, planując jutrzejszą wyprawę do Petry.

W końcu wraca prąd, więc zmykamy do pokoju, by włączyć ogrzewanie i odpocząć po podróży.

Hotel oferuje darmowy transport do Petry, co jeszcze przed pójściem spać dogaduję w recepcji i jestem gotów na zaszycie się w pieleszach na resztę nocy.

Ranek jest zaskakujący, bo za oknem widzę śnieg gdzieniegdzie. No nie wierzę. Rozumiem, że jesteśmy wysoko w górach. Rozumiem, że jest koniec lutego. Ale, że snieg?!!! Na pólwyspie arabskim??

Recepcjonista dzieli się z nami informacją, że to najzimniejszy miesiąc od 1973 roku. No to trzeba mieć szczęście.

Nic to, śnieg nie zmieni nam planów. 

Wsiadamy do samochodu i po kilku minutach jesteśmy pod wejściem do kompleksu Petry. Już spore grupy turystów, w większości z terytorium Chin, opanowały placyk przed bramą, więc szybko przebijamy się do kasy, żeby wyprzedzić tłum. Zdecydowanie bardziej lubimy możliwość spaceru w ciszy i spokoju.

Do wykupienia biletów na szczęście kolejki nie ma, więc po chwili już jesteśmy gotowi do wkroczenia na teren Petry.

Pierwsze trzydzieści minut to miła przechadzka szeroką doliną. Ubita droga prowadzi w kierunku pionowych zboczy przed nami. Po obu stronach pojawiają sie pierwsze starożytne budowle, co daje przedsmak, tego, co czeka nas dalej.

Pogoda jest tutaj lepsza niż na górze. Nie ma śniegu a i wiatr nie przeszkadza w przyjemnej przechadzce. Co prawda jest chłodno, ale nie pada, co nie oznacza, że tak pozostanie, sądząc po wiszących brunatnych churach nad nami.

Dochodzimy do wejścia do wąwozu As Sik. 

Droga się zwęża i wiedzie krętą serpentyną przez pionowe skały. Moje pierwsze skojarzenie jest z kanionem Antylopy w Stanach, który jakiś czas temu odwiedzilismy. Tutaj jest szerzej i kanion jest zdecydowanie potężniejszy. Kolor skał nie jest aż tak intensywny jak w Antylopie, ale jest ładnie.

Tą drogą  od czasu do czasu, mijają nas rozpędzone dorożki wiodące turystów, którzy się na tego typu atrakcję decydują. Muszę przyznac, że jest to drażniące, ale nie ma wyjścia, trzeba się pogodzić z tym, że jest popyt, jest podaż.

Po około godzinie naszym oczą w wąziutkim przejściu, ukazuje się najsłynniejsza budowla Petry – Skarbiec Faraona.

Na pewno zna ją większość ludzi na świecie. Spektakulary, wykuty w pionowej skale budynek, robi wielkie wrażenie. Al Chazna, jak zwą ją beduini, nie jest w rzeczywistości skarbcem, choć długo tak uważano, ale najprawdopodobniej grobowcem. Wysoko nad nami widać jednak, że ta idea, że budowla mieści w sobie ukryte skarby, odbiła się na jej urodzie. Świadczą o tym ślady po kulach. Beduini strzelali do wysoko położonych cześci budowli próbując je rozbić, w przekonaniu, że tam właśnie ukryte są bogactwa. Ślady kul widać. Skarbów nie ma.

Stoimy i się zachwycamy. Budowla jest naprawdę piękna a ja przeżywam dodatkowe emocje, bo od momentu obejrzenia Indiany Jonesa, czyli już wieki temu, chciałem tu stanąć. I mi się w końcu udało.

Jest ciężko stąd odejść, ale Petra ma jeszcze dużo do zaoferowania…