Koszyk

0

Jordania, część 2

Kilkanaście metrów od Skarbca Faraona, dzieli nas od końca wąwozu i wyjścia na otwartą przestrzeń. Ukazuje się dolina, wzdłuż której w pionowych skałach widać wykute budynki. To Grobowce Królewskie Po lewej stronie znajduje się amfiteatr, jedna z najwiekszych budowli Petry. To pozostałość z czasów rzymskich. Wielka budowla na 7000 osób, skonstruowana tak, by widok z niej obejmował jak największą ilość wykutych w piaskowcu mauzoleów.

Droga wiedzie w kierunku odległych wzgórz. Po obu stronach drogi pojawiają się stragany, miejsca gdzie można się napić kawy lub herbaty, po drodze biegają zaniednane psy walcząc między sobą o jedzenie. Miejsce jest piekne, choć tego dnia atmosferę przytłaczają ciężkie chmury zwiastujące coś nieprzyjemnego.

Po chwili zaczyna padać deszcz. Najpierw są to tylko pojedyńcze krople, ale kilka minut wystarcza na rozszalenie się ulewy. Postanawiamy przeczekać to w jedej z knajpek.

Zamawiamy kawę i staramy sie rozgrzać, bo ulewie zaczynają towarzyszyć płatki śniegu, a temperatura spada. Wyjęcie z plecaka czegoś do jedzenia, powoduje, że po chwili miejscowa kocia banda zaczyna podchody. Jeden podchodzi od przodu i żałosnym “miau”, odwraca naszą uwagę, łasząc się wokół nóg. Tymczasem reszta bandy zachodzi nas od tyłu. Po chwili się orientujemy, że to przemyślana akcja dywersyjna, bo przyłapujemy jednego łachudrę na grzebaniu w plecaku. Jak tylko zajmujemy się jegomościem, to się okazuje, że znika w międzyczasie kanapka zostawiona na chwilę na stole. Są zorganizowani lepiej niż Camorra.

Na szczęście ulewa się kończy. Możemy ruszać dalej.

Na prawo od nas powiewa, mokra teraz, wielka flaga Jordani, a za nią widać wejścia do wykutych grobowców. Wspinamy się na górę, by zwiedzić je dokładniej. Widok na całą dolinę z góry jest piękny, próbuję sobie wyobrazić jak to musi wyglądać niesamowicie w pełnym słońcu.

Grobowce są imponujące, gdy się stoi tuż pod wejściem do któregoś z nich. Dopiero z bliska naprawdę widać kunszt starożytnych budowniczych. Można wejść do środka, ale tam jest tylko pusta wykuta w skale potężna jaskinia. Dawne cuda zostały dawno stąd wymontowane i wszystko jest puste. Ma to jednak swój urok.

Ruszamy dalej. Za nami zostają Grobowce i wkraczamy, jakby w inną erę historii Petry. Tutaj po obu stronach drogi, towarzyszą nam pozostałości z czasów rzymskiego panowania nad tą doliną. Wiele budynków zostało zniszczonych podczas trzęsienia ziemi, które zakończyło czas świetności miasta.

Idziemy dalej, bo naszym celem, jest odnalezienie drogi wiodącej do największej odnalezionej do tej pory budowli Petry – Al Dajr.

Dochodzimy do podnóży gór i tu zaczynaja się schody. Dosłownie. W górę wiedzie 800 schodów na których szczycie powinniśmy znaleźć nas cel.

Wspinaczka jest niezbyt trudna, trwa około godzimy. Po drodze mijamy mnóstwo beduińskich straganów oferujących “miejscowe” wyroby albo filiżankę herbaty. Na razie nie decydujemy się, ale jest plan na drogę powrotną.

Im wyżej wchodzimy, tym widoki są piekniejsze. Otwierają się niewidoczne dotąd doliny przecinające dzikie okolice.

W końcu droga się kończy i naszym oczom ukazuje się Al Dajr, czyli Klasztor.

Budowla swoją architekturą przypomina widziany wcześniej Skarbiec, ale jest nieporównywalnie większa. Stoimy u jej podnóża i zachwycamy się. Warto się było powspinać dla tej chwili i tego widoku.

Pogoda też jakby się zlitowała, bo wyszło słońce i jest dużo cieplej. Czeka nas jednak dość długa droga powrotna więc się zbieramy.

Po drodze wstępujemy na herbatę do głośnej małej beduinki oraz kupujemy po ostrych targach, dwie chusty, tzw “arafatki”. Jutro czeka nas wyprawa na pustynię i to jest niezbędny element ubioru.

Droga powrotna jest przyjemna, bo już nie pada i przebiega dużo szybciej. Idąc ciszymy się z pobytu tutaj, swojego towarzystwa, wszystkiego co nas otacza.

Zatrzymujemy się jeszcze by popodziwiać ponownie Skarbiec, gdzie już zgromadziło się dużo więcej ludzi i po dwóch godzinkach swobodnego spaceru opuszczamy Petrę.

Obok wejścia do Petry, znajduje się muzeum. Jest nowoczesne i zupełnie darmowe. Zaglądamy tam jeszcze by zgłębić nieco wiedzę na temat tego miejsca. Jest tam dużo informacji o historii Petry, wykopalisk, które nadal trwają, sporo eksponatów znalezionych podczas prawadzonych prac. Warto tu wpaść i spędzić trochę czasu. Tym bardziej, że jest to świetnie klimatyzowany budynek i w upale, naprawdę może  pobyt tutaj przynieść sporą ulgę.

Miał po nas przyjechać kierowca z hotelu, ale to dopiero za kilka godzin. Nie ma sensu czekać, więc wsiadamy w taksówkę i po kilku minutach jesteśmy już w hotelu.

W hotelu mamy jeszcze jedną ciekawą historię, bo na tarasie o którym wcześniej wspominałem, poznajemy miejscowego beduina.

Moja żona nazywa go od pierwszego spojrzenia Alladynem, bo rzeczywiście wygląda trochę jak postać z bajki. Ubrany w kolorowy, bediuński strój, doskonale przycięta czarna bródka, oczy uwypuklone henną. Jak namalowany.

Zaczynamy z nim rozmowę i sie okazuje, że moja żona się niewiele pomyliła, bo nasz nowy znajomy nazywa się Allad. Przypadek? Nie sądze 🙂

Zaprasza nas do stołu i wspólnego posiłku. W trakcie rozmowy dowiadujemy się, że pracuje w Petrze i wozi konno turystów chcących pokonać drogę, którą właśnie my pokonaliśmy. Nie pochodzi stąd, ale z okolic Ammanu. Jak tu trafił? Jeździł na wyścigach konnych. Miał pięknego, bardzo wytrzymałego konia, który był całym jego życiem. Podczas jednego z wyścigów koń się przewrócił i złamał nogę. On mało nie zginął. To był koniec. W jednej chwili runeło całe jego życie. Stracił zwierze które było jego przyjacielem, dzięki któremu utrzymywał rodzinę i które kochał całym sobą. Pokazuje nam zdjęcie konia. Piekny czarny rumak a obok on z poczuciem sczęścia i dumy na twarzy. Już nigdy nie będzie jeździł na wyścigach po wypadku. Po miesiącach spędzonych w szpitalu, musiał szukać nowej drogi życia. W Petrze są turyści, jest praca i są konie. Trafił tutaj i teraz tutaj buduje swój świat.

Pytamy czy możemy sobie zrobić kawę. Oczywiście. Wracamy z kawą do stolika. Ile płacimy za kawę? Nie wiem- wzrusza ze śmiechem ramionami- Ja tutaj nie pracuję.

Przesympatyczne spotkanie. Żegnamy się i wracamy do pokoju, bo z rana ruszamy do Wadi Rum, spotkać się z pustynią.